Niedziela

Najprzyjemniejsze są chyba u nas niedziele.

Zasiadamy przy kawie, jeszcze bez śniadania, K. pije czarną, ja najczęściej z mleczkiem kokosowym. Pod ręką znajduje się zawsze jakaś książka, czy to zakupiona w mijającym tygodniu, czy czytana od jakiegoś czasu przez któreś z nas.

Książce poświęcamy ten poranny czas w całości, albo staje się ona pretekstem do szerszych rozważań – właściwie bez tematycznych ograniczeń.

To są te chwile, w których najwięcej czerpiemy z siebie wzajem: głębiej, mądrzej, bo i uważniej – w takim czujnym intelektualnie spokoju – aniżeli podczas piątkowych spotkań przy winie czy po prostu podczas dnia codziennego. Nic nas nie ponagla, nic nie determinuje, nic nie czyni z siebie niedzielnej niezbędności. Możemy nagle zerwać się z kanapy, by pobiec nad jezioro, możemy wrócić do sypialni i wyjść z niej po dwóch godzinach. Nie spieszno nam do niczego, prócz siebie…

K. mogłabym słuchać godzinami, bo u niego forma jest równie ważna jak treść – jednak nigdy nie próbuje jej przerosnąć. A na Jego dotyk jestem łasa jak na Jego słowo, może bardziej nawet.

Oboje kochamy od czasu do czasu pobyć sami, więc respektujemy tę naszą potrzebę z pełnym zrozumieniem. Ale w niedzielę nam się to nie udaje. Niedziele lubimy wspólne i takimi się one nam (niemal) każdorazowo wyczarowują.

Wspólne i intensywne pod każdym względem, nawet jeśli trwamy w pozornym bezruchu.

A jeszcze… gdy nam obojgu uda się napisać choćby linijkę wiersza lub prozy… a jeszcze i kot muśnie stopy nasze ofutrzonym ruchem, to… sił i sensów na kolejne dni nie zabraknie nam z pewnością.