Pęknięcia

1.

Człowiek może zrobić z Bogiem wszystko. Bo „Bóg” to pojęcie widmo. Ma konsystencję cieczy i zawsze posłusznie przybiera kształt naczynia, w którym się znalazło. Wypuszczone zeń rozlewa się bezładnie, nie krzepnąc w żaden kształt. Bóg może być więc mściwy lub wyrozumiały, widoczny lub ukryty. Może aktywnie ingerować w ludzki świat albo przeciwnie – wycofać się z wszelkiego działania.

Również pojęcia takie jak religia czy religijność wydają się nieskończenie giętkie i plastyczne. Mogą wyrażać zarówno zachwyt światem, jak i głęboką wobec niego odrazę. Mogą stanowić źródło oporu niezależnej, bo odpowiedzialnej jedynie przed Bogiem jednostki, jak i być narzędziem wymuszania tępego posłuszeństwa mas. Mogą jednoczyć ludzi lub ich dzielić; siać przerażenie lub dawać nadzieję. Zazwyczaj oznaczają zresztą wszystkie te rzeczy po trochu. Nie da się odciąć jasnej strony religii od ciemnej.
(…)

4.

Ceną, jaką przychodzi zapłacić ideom za przeżycie, jest często przemienienie ich w panowanie – w narzędzia władzy. Obiecując poddanie kontroli tego, co poza kontrolą, religia sama stała się doskonałym narzędziem jej sprawowania. Uległość wobec władzy ziemskich namiestników Boga jest w końcu (paradoksalnie!) koniecznym warunkiem zdobycia pośredniej kontroli nad Absolutem. Posłuszeństwo względem religii w jej zinstytucjonalizowanej formie ma przywrócić światu stabilność, uczynić go na powrót bezpiecznym. A stanie się taki, skoro – dzięki katechizmom i kodeksom postępowania, które oferują nam kapłani – będziemy już wiedzieli dokładnie, w jaki sposób mamy postępować. Oto główny towar, jaki wszelkiej maści prorocy mają do zaoferowania swym owieczkom: niezawodna mapa, pokazująca drogę do życia wiecznego. Instrukcja obsługi zbawienia.

Nowoczesna Europa chlubi się, że zerwała z tym sposobem myślenia. Przeniosła akcent z ludzkiej niedoli na moc, z kalectwa na zdrowie, z niedającego się uniknąć uprzedmiotowienia na możliwe upodmiotowienie. Człowiek nie ma już być zależny od Kościoła ani jakichkolwiek instytucji czy osób, które chciałyby rościć sobie prawo do pośredniczenia w jego relacji z Bogiem. Więcej: sam Bóg okazuje się pigmentem ludzkiej wyobraźni. Niepotrzebnym dodatkiem, który z pomocą brzytwy Ockhama powinniśmy odkroić od naszych wyobrażeń o świecie. Z mającego uleczyć ludzi z ich przyrodzonej niedoli lekarstwa, niepostrzeżenie zmienia się w chorobę. Jak twierdzą nowożytni humaniści, w ludzką naturę nie jest trwale wpisane żadne kalectwo. Widzi ona jedynie siebie jako taką, śniąc tyleż odrealniony, co nieodpowiedzialny sen o dobrym i wszechmocnym Bogu. Tymczasem niczego takiego nie ma. Istnieje tylko ten świat. Nie powinniśmy więc – w imię żadnych urojonych za-światów – odwracać od niego wzroku ani usiłować mierzyć go transcendentną miarą. Nie ma również żadnego życia po życiu. Istnieje tylko to jedno, którego nie wolno nam zaprzepaścić. Już nie Bóg, strącony przez Kopernika z centrum wszechświata w bliżej nieokreśloną czeluść, ale człowiek ma być teraz punktem ośrodkowym ludzkiej wyobraźni.

Prędko okazuje się jednak, że rozum sam powołuje do życia nowe mity. Dochodzą one do głosu pod postacią rozmaitych nowoczesnych ideologii, przede wszystkim politycznych. Nierzadko o wiele gorszych od swych religijnych pierwowzorów. Człowiek szybko odkrywa również, że nie może w swoim poznaniu odnaleźć niezawodnych punktów oparcia. Nawet jeżeli coś jawi się nam jako oczywiste lub niemożliwe do odrzucenia, dlaczego nie mielibyśmy uznać, że to cecha racjonalności właściwej naszemu gatunkowi, a nie żadna prawda absolutna? Jak homo sapiens, to przypadkowe dziecko rozciągniętej na miliony lat ewolucji, żyjące przez krótką chwilę i rzucone w odległy kąt gigantycznych, kosmicznych przestrzeni, miałoby mieć dostęp do jakiejkolwiek pozagatunkowej wiedzy?

Nie ma racjonalnych sposobów odparcia tego typu wątpliwości. Żeby sobie z nimi poradzić, potrzebna jest wiara. Wiara w rozum. W to, że potrafi wyrwać się z logiki ewolucyjnego przystosowania i dotknąć Prawdy. Wiara okazuje się więc czymś bardziej elementarnym od rozumu. Jest niczym ukryta przed wzrokiem widza aparatura teatralnej sceny. Pozostaje niewidoczna, ale bez niej nic nie może się wydarzyć. (…)

Wraz z przeniesieniem ludzkiego „lęku wszystkich lęków” obietnice zaczynają dotyczyć nie tego, co tam, w zaświatach, lecz tego, co tu, na tym świecie. Bóg, z Pana Życia i Śmierci, staje się niepostrzeżenie naszym prywatnym bogiem, usilnie odpowiadającym na nasze jednostkowe, intymne bolączki. Względnie: Bogiem naszej wspólnoty, którym powiewamy na politycznym sztandarze. Nie ma w tym zresztą niczego zaskakującego. Przykuty do ludzkich lęków Absolut musi ewoluować wraz z nimi. Czasami uosabia zatem ciepełko plemiennej wspólnoty, kiedy indziej ofiarowuje wygody kosmopolitycznej płynności. Raz jawi się jako sprawiedliwy sędzia; to znowu przywdziewa szaty miłosiernego Ojca, który z czułością pochyla się nad swym porażonym niemocą stworzeniem. Zawsze jednak uobecnia się jako poczucie granicy – w kulturze, w czasie, w samym byciu. Granicy nieuchronnie dwuznacznej, bo domagającej się jednocześnie, aby ją uznać i aby ją przekroczyć.

/fragmenty felietonu [Pęknięcia] Religia opublikowanego w nrze 449 Kultury Liberalnej/

*Jan Tokarski – filozof, historyk idei, felietonista „Kultury Liberalnej”. Niedawno ukazała się jego nowa książka „Obecność zła. O filozofii Leszka Kołakowskiego”.
Żyjemy w czasach przesilenia. W „międzyepoce” o niewyraźnych, rozmytych konturach. W nowej serii felietonów Jan Tokarski zastanawia się, w których miejscach występują w naszym świecie pęknięcia oraz do czego mogą prowadzić.

Tagged , ,